Praca z time trackerami

Czasami ludzie pytają mnie gdzie pracuję, odpowiadam że w domu. Często wtedy jestem wypytywany o szczegóły, zwłaszcza jeśli mój rozmówca nie miał wcześniej styczności z pracą zdalną. No i gdy tak opowiadam o tajnikach sztuki „remote work”, rozmowa w którymś momencie dojdzie do momentu: „masz fajnie, bo nikt cię nie kontroluje…”, no i wówczas tłumaczę, że używam aplikacji do logowania czasu pracy, które również robią zrzuty ekranu. I w tym momencie dla czar pryska, rozmówca zaczyna szukać drugiego dna, inwigilacji, ograniczenia wolności osobistych i tym podobnych straszności.

Tutaj dochodzimy do tematu niniejszego artykułu: jak się pracuje z time-trackerami i dlaczego nie jest to takie straszne.

Podstawową funkcją dla narzędzi logujących czas jest to, że możemy w łatwy sposób sprawdzić ile godzin przepracowaliśmy każdego dnia, co jest przydatne nie tylko dla tych którzy za pracę płacą, ale również dla tych, którzy pracę wykonują – czasami warto zobaczyć jak organizujemy swój czas.

Sam używam dwóch narzędzi: UpWork (dawniej oDesk) oraz Worksnaps. Oba działają podobnie, różnią się obszarem zastosowania – UpWork to duży serwis do wyszukiwania zleceniodawców i zleceniobiorców i ich timetracker jest ściśle powiązany z projektami klientów tego serwisu. Worksnaps używam bardziej wewnątrz-firmowo (wyceny, projekty wewnętrzne, szkolenia).

Oba narzędzia robią screeny według tej samej zasady:

Jeden screenshot na każdy odcinek dziesięciominutowy.

Jak wiemy, godzina ma sześć takich odcinków, odpowiadających minutom: 00-09, 10-19, 20-29, 30-39, 40-49, 50-59.

Dość istotna rzecz, która rozwiewa wiele wątpliwości i stawia time-trackery w przyjaźniejszym świetle:

Pracownik zawsze wie kiedy zrzut ekranu został zrobiony, może ten zrzut zobaczyć, a nawet usunąć.

Oczywiście usunięty screenshot, to niezaliczone 10 minut pracy. Na szczęście istnieją dość proste sposoby, aby wymusić zrobienie kolejnego zrzutu ekranu w tym samym odcinku dziesięciominutowym. Opowiem o nich innym razem 😉

Time-trackery robią zrzuty ekranu w odcinkach dziesięciominutowych, ale nigdy nie wiemy dokładnie w której minucie to nastąpi. Jeśli screenshoot zostanie zrobiony o godzinie 8:02, to do godziny 8:10 możemy swobodnie używać komputera bez obawy, że zostanie wykonany kolejny zrzut ekranu i będzie na nim widać jakieś poufne informacje. Natomiast już o 8:10 musimy być zmobilizowani, bo od tego momentu aplikacja może zrobić zrzut ekranu w każdej chwili, zarówno o 8:11 jak i o 8:19 – każda minuta z przedziału ma takie same szanse.

Im wcześniej w odcinku dziesięciominutowym screenshot się wykona, tym więcej czasu mamy na sprawdzenie facebooka napisanie ściśle tajnej notatki oraz inne aktywności, których nie chcemy pokazywać na zrzutach ekranu.

Dodatkowo, świadomość, że mamy tylko kilka minut i po tym czasie musimy wracać do pracy doskonale mobilizuje i sprawia, że nie rozleniwiamy się przy innych zajęciach, tylko utrzymujemy nastawienie „jestem w pracy”. To bardzo pomocne przy pracy poza biurem.

Podsumowując, time-trackery to nie jest narzędzie które ma nam utrudniać życie, a wręcz przeciwnie – ma je ułatwiać. I zdecydowanie polecam nie bać się firm, które do pracy wymagają używania tego typu oprogramowania.

Na koniec dodam jeszcze ciekawostkę. Zdarzyło się mi oraz kolegom z pracy, że usunęliśmy sobie jakiś kawałek kodu, który jeszcze nie trafił do repozytorium. Udało się go odzyskać właśnie ze zrzutów ekranu, wystarczyło go przepisać lub użyć narzędzia do odczytu tekstu z obrazków. Mimo wszystko, polecam jednak częstsze commity 😉

Skomentuj